Udostępniam, więc jestem
- Joanna Szumska

- 30 mar
- 2 minut(y) czytania
Obraz „Udostępniam, więc jestem” powstał z niepokoju, który coraz częściej towarzyszy naszej codzienności. Z pytania, które wraca do mnie w chwilach ciszy: czy jeszcze naprawdę patrzymy na świat, czy już tylko go rejestrujemy?
Wystarczy krótki spacer, żeby to zauważyć. Telefon w dłoni staje się pierwszym odruchem. Zanim coś przeżyjemy — robimy zdjęcie. Zanim coś poczujemy — zapisujemy to. Jakby doświadczenie potrzebowało potwierdzenia. Jakby istniało dopiero wtedy, gdy zostanie udostępnione.
A przecież można inaczej.
Wyjść z psem bez telefonu.
Poczuć powietrze.
Zobaczyć pąki na drzewach, które właśnie się otwierają.
Usłyszeć ptaki, które budują gniazda.
To są chwile, które nie potrzebują zapisu.
One potrzebują obecności i zachwytu tu i teraz.
Niedawno siedziałam na przystanku w centrum miasta i obserwowałam ludzi. Wiele fantastycznych postaci, wykreowanych strojem i fryzurą, niosących ze sobą wiele historii. Ale oni siebie nie widzieli, wszyscy patrzyli w telefony.
Tymczasem gdzieś nad nami rosną niewidzialne chmury — chmury danych. Przechowują nasze zdjęcia, wspomnienia, fragmenty życia. Każdy zapisany obraz, każda historia, każde udostępnienie dokłada kolejną warstwę. Te chmury puchną. Gęstnieją.
Zastanawiam się czasem, czy nie zamienią się kiedyś w ciężkie, gradowe chmury — takie, które zamiast chronić, zaczną nas przytłaczać. Zalewać nadmiarem. Odbierać przestrzeń.
Czy naprawdę potrzebujemy aż tyle obrazów?Czy każde doświadczenie musi być zapisane?
Myślę o wakacjach — tych wymarzonych.
Czy są jeszcze dla nas?
Czy już raczej dla portali społecznościowych?
Czy jedziemy, żeby przeżyć, czy żeby pokazać, że przeżyliśmy?
Co wnosi do naszego życia setne zdjęcie katedry i czy jeszcze kiedykolwiek do niego wrócimy?
Gdy porządkuję zdjęcia, a robię to regularnie, to okazuje się, że tych ważnych obrazów, które niosą emocje jest jedynie niewielki ułamek. Te zachowuję i zabezpieczam, bo wiem, że do nich wrócę. Ale zdjęcie kolejnego kwiatu okazuje się nieaktualne jak sama roślina, która już nie istnieje.
W tym wszystkim pojawia się jeszcze jedno pytanie — może najważniejsze.
Czy jest w nas jeszcze jakaś tajemnica?
Czy zostawiamy coś tylko dla siebie?
Czy potrafimy zatrzymać moment bez potrzeby dzielenia się nim?
Czy wreszcie potrafimy opowiedzieć słowami co czujemy, czy już na zawsze emocje będziemy wyrażali symbolami?
Coraz częściej mam wrażenie, że dobrowolnie oddajemy swoją intymność. Odsłaniamy kolejne warstwy, publikujemy emocje, myśli, przestrzenie, które kiedyś należały tylko do nas. Granica prywatności przesuwa się niemal niezauważalnie.
Cykl „Awatary” powstał właśnie z tej refleksji — o świecie, w którym nasze życie zaczyna mieć swoją równoległą, cyfrową wersję. O tożsamości, która istnieje jednocześnie tu i tam. O napięciu między obecnością a jej zapisem.
„Udostępniam, więc jestem” nie jest tylko tytułem obrazu. To zdanie, które coraz częściej opisuje sposób, w jaki funkcjonujemy.
A może warto czasem odwrócić tę logikę.
Nie udostępniać.
Tylko być.








Komentarze