Kto dziś jest uprzywilejowany?
- Joanna Szumska

- 2 sty
- 3 minut(y) czytania
Tegoroczna edycja Bielskiej Jesieni wywołała duże emocje i sprowokowała dyskusję w środowiskach artystycznych. Odezwały się zarówno głosy oburzenia, jak i próby obrony zajętego stanowiska ze strony przedstawicieli instytucji. Przyznam, że u mnie werdykt jury tegorocznego konkursu wywołał irytację i rodzaj zniecierpliwienia. To doświadczenie — w połączeniu ze zwiedzaniem aktualnych wystaw sztuki współczesnej w warszawskich przestrzeniach — sprowokowało także mnie do refleksji.
W tym kontekście trafiłam na wywiad z Gosią Mycek opublikowany w Mint Magazine. Artystka mówi w nim o niesprawiedliwości w systemie zamówień instytucjonalnych, karach za opóźnienia i chronicznie spóźnionych płatnościach. To wątki ważne i realne, dotykające wielu osób pracujących w wolnych zawodach. Opóźnione przelewy, niejasne zasady współpracy czy asymetria odpowiedzialności między instytucją a twórcą nie są fanaberią — to codzienność dużej części rynku pracy.
Problem jednak zaczyna się tam, gdzie z tych doświadczeń budowana jest narracja o szczególnym uprzywilejowaniu artystów jako grupy wymagającej wyjątkowego traktowania. Bo jeśli przyjrzymy się temu uważniej, zamówienia od instytucji kultury nie trafiają do wszystkich artystów. Trafiają do wąskiego kręgu osób mających dostęp do sieci relacji, kapitału symbolicznego i informacyjnego. Uprzywilejowani są więc nie „artyści” jako tacy, lecz ci, którzy już wcześniej znaleźli się w obiegu.
Terminowe wywiązanie się z umowy nie jest żadnym przywilejem — to elementarna zasada uczciwej współpracy. A opóźnione płatności nie są problemem specyficznym dla sztuki. Dotyczą projektantów, fotografów, tłumaczy, rzemieślników, osób prowadzących jednoosobowe działalności. Różnica polega na tym, że większość z nich nie może liczyć na to, że w sytuacji kryzysowej jakaś instytucja „zamówi coś na przetrwanie”.
W wywiadzie pojawia się również wątek choroby dwubiegunowej i oczekiwania szczególnego traktowania z tego tytułu. Rozumiem potrzebę empatii i realnego wsparcia. Nie rozumiem natomiast narracji, w której problemy psychiczne stają się argumentem za dodatkowymi zamówieniami czy ochroną systemową tylko dla jednej grupy zawodowej. W innych profesjach również pracują ludzie z depresją, chorobą dwubiegunową czy wypaleniem. Dyrektorzy, nauczyciele, kierowcy autobusów, sprzątaczki — oni także muszą funkcjonować, utrzymywać się i wywiązywać z obowiązków. I nie mają zaplecza instytucjonalnego, które w kryzysie zapewni im finansową poduszkę.
Depresja artystów nie jest ani bardziej, ani mniej dotkliwa niż depresja kogokolwiek innego. Różnica polega na tym, kto ma dostęp do narracji, widoczności i wsparcia. A to prowadzi do pytania o to, czym właściwie jest dziś „bezpieczna przestrzeń”.
Gosia Mycek oczekuje, że instytucje kultury zapewnią jej bezpieczną przestrzeń. Rozumiem to oczekiwanie. Ale rodzi się pytanie: czy instytucje kultury powinny zadbać także o moją bezpieczną przestrzeń jako odbiorczyni? Czy powinny chronić mnie przed naciąganym przekazem i podnoszeniem problemów dobrze znanych i wielokrotnie przepracowanych do rangi awangardy? Bo wykluczenie komunikacyjne czy brak tolerancji środowisk wiejskich nie są odkryciem XXI wieku. To problemy stare jak świat. Dziś bardziej niepokoi mnie przyszłość — to, co nadchodzi — a nie ciągłe odtwarzanie przeszłych traum bez próby wyjścia poza oczywistość.
Rozumiem również, że we współczesnej sztuce coraz mniejsze znaczenie przypisuje się sprawności technicznej, warsztatowi czy walorom wizualnym dzieła. Nie zgadzam się z tym podejściem, ale je rozumiem — to świadomy trend. Problem pojawia się wtedy, gdy za formalnie wybrakowanymi pracami nie stoi żadna treść. Gdy nie ma myśli, która by poruszała, prowokowała, oferowała nowe spojrzenie lub choćby stawiała nowe pytania. Gdy zamiast ryzyka intelektualnego dostajemy powtarzalny gest i dobrze znany język.
Dla mnie prawdziwym problemem nie jest brak warsztatu. Jest nim brak sensu. Brak potrzeby powiedzenia czegoś, co wykracza poza obowiązującą narrację. Jeśli instytucje kultury mają tworzyć bezpieczne przestrzenie, to może warto zapytać, czy nie powinny one być także przestrzeniami uczciwej rozmowy, intelektualnego napięcia i realnego rozwoju — a nie tylko potwierdzania tego, co już zostało wielokrotnie nazwane.





Komentarze